czwartek, 16 stycznia 2014


Witam!

Musze przyznać, że zdrowie to wcale nie jedyny uświadomiony cel (choć to najsilniejsza motywacja) mialem jeszcze jeden... trochę przyznam dziwny.
Jest październik 2013 roku

Mam 32 lata i mam na imię Maciej - jestem zawodowo grafikiem, a wolnej chwili graczem, oglądaczem filmów i trochę też czytaczem :) w zasadzie, to jak się nie relaksuję, to pracuję (często bywa, że i 14 godzin dziennie)

Postanowiłem, że podzielę się swoimi doświadczeniami.

Od maja 2012 roku schudłem 30 kilogramów. Od tego czasu biegam regularnie co 2 dni. Nie stosowałem żadnej specjalnej diety. Zanim zdecydowałem się na dietetyka, do końca grudnia 2012 schudłem 14 kg. Zawdzięczam to wysiłkowi, trochę basenowi i rozsądkowi w odżywianiu. Choć jak się potem okazało, robiłem masę błędów, próbując samemu zdrowo się odżywiać.

Dopiero od miesiąca stosuję dietę (jest teraz początek stycznia 2013)  korzystam z rad profesjonalnego dietetyka. W pierwsze 2 tg (koniec grudnia) waga spadła mi o kolejne 5kg i spada nadal, bo przez kolejne dwa tygodnie spadła jeszcze o 3 kg. 

Jeśli chodzi o sport, to nigdy nie uprawiałem żadnej dyscypliny. Nawet nie interesuję się sportem i na pewno nigdy się nie zainteresuję, można powiedzieć, gardziłem sportem, nie nawidziłem ruchu.Pewnego dnia, jak w jakimś absurdalnym śnie, wyszedłem z domu, ubrany tak jak siedziałem i przebiegłem się.... HA! rozsądne kilometry, w rozsądnym czasie, żeby sobie nie zrobić krzywdy i żeby sprawdzić jak to jest :) tutaj jak widać rozsądek jakoś działa.

Pobiegałem tydzień (czyli trzy razy) rozsmakowałem się w tym, i dopiero wtedy zacząłem szukać w necie co daje bieganie. Zacząłem od 1,5 km w 7 minut. Na dzień dzisiejszy biegam do 12 km i czuję, że to dopiero początek.

Na dobre zacznie się od wiosny... bo wtedy będę ważył o 10 kg mniej, od momentu, gdy dopiero badałem tą dyscyplinę. Puki jest ślisko, nie jestem w stanie sprawdzić, na co stać mój organizm. teraz biegam wolniej i biegam od 6 do 10 km :) 

Gdy zacząłem biegać, nie planowałem schudnąć. Chciałem wyzdrowieć. Słyszałem kiedyś, że biegacze rekreacyjni żyją 6 lat dłużej. Wtedy był to okres, kiedy cały czas bałem się, że zaraz zachoruję, że stanę się zbędnym tonażem dla całej mojej rodziny i całej rodziny mojej żony. Dla samej mojej żony na codzień, będę jak ten kamień przywiązany do szyi. Chciałem im wszystkim darować chociażby samych myśli, które im z pewnością przychodziły do głowy, na samo wspomnienie o mnie.

Ważyłem 102 kg przy wzroście 180 cm- miałem jedno zboczenie, w tygodniu musiałem duszkiem wypić 4400 ml jogurtu (16 butelek) a w sam weekend (w dwie noce) 6 do 8 butelek - do dzisiaj prowadzę w weekendy nocny tryb życia...

Jeśli chodzi o wagę - tak wiem, to tylko spora nadwaga, i wcale tak strasznie nie wyglądałem (przynajmniej w lustrze) ale jak do tego dodać totalnie siedzący tryb życia, problemy z wątrobą, to mogło być tylko gorzej... 

Jak nigdy, przy tym moim lekko gapiowskim podejściem do życia (nie twierdzę, że jestem bezrefleksyjny w ogóle) tak od ostatnich dwóch lat, miałem bardzo ponure myśli. Bałem się o swoje zdrowie, o siebie, a przede wszystkim zaczęło brać mnie na boleści jak pomyślałem, jakich problemów narobię innym... Byłem najmniej i oczywiście dużo mniej dbającym o siebie, członkiem rodziny. Byłbym gnojkiem, jakbym musiał im wyszarpnąć tą energię w momencie, jakbym zarył o ziemię, a oni musieli by mnie od tej chwili tachać...

Chciałem też zyskać "trochę" czasu, bo kiedy człowiek ma nie odżyć, jak dopiero na emeryturze ? Jest to czas, kiedy ma się 100% wolnego czasu. Teraz, ma się tych godzin realnie trzy dziennie (nie licząc weekendu, kiedy załatwia się zaległości i czeka na długi tydzień) reszta czasu to kręcenie się wokół szefa, albo obskakiwanie domu. Dla mnie doba ma o 24 godziny za mało. 

Spietrałem się, kiedy doszedłem do wniosku, ile czasu zmarnuję sobie i żonie po 80-tce, jak bardzo udaremnię nam, naiwne zresztą, oczekiwanie na "wolność"... dołowałem się coraz bardziej... Miałem wizję, że w wieku 60 lat, znowu przewija mnie moja mama. Jakiś demon szeptał mi koło głowy, że to nie ja będę opiekować się moimi starymi rodzicami, tylko oni wspólnie z moją żoną, będą opiekować się mną. Wizje tego typu, że leżę sztywny, karmią mnie rozwodnioną kaszką i przewijają mi pampersy jak dzidziusiowi... To nie dawało mi spokoju.

W tamtym dniu, z domu wypchnął mnie rozsądek, a właściwie podświadomość... dopiero po tygodniu który trwał dosłownie minutę, zorientowałem się co się dzieje... że tu się dzieje jakieś rzemiosło, po chwili wiedziałem już, o co chodzi :) to ma być rozwiązanie każdego mojego problemu ! Po krótkim czasie, znalazłem jeszcze więcej korzyści, jakie zyskam przy okazji. 


środa, 15 stycznia 2014

Uzależnienie od jogurtów




Można śmiało powiedzieć, że jestem uzależniony od jogurtów. Konkretnie jednego producenta i konkretnie chodzi o jeden smak - żurawinowy. 


Swojego czasu, to był chyba jeden z pierwszych i jeden z niewielu produktów o tym smaku, zanim nastał bum na tenże smak.



Żurawiną zajadałem się samotnie w Polsce przez mocne kila lat :)

Pamiętam skąd wzięło się moje uzależnienie.... Wtedy nie wiedziałem jeszcze nic o teorii zastępowania jednego nawyku innym w dążeniu do celu. Nie świadomy tej metody, kompletnie wyeliminowałem słodycze na rzecz jogurtu owocowego. Dzisiaj wiem, że to była dobra metoda - oczywiście dobra dla początkującego. Schudłem wtedy dość sporo - to była moja dieta :) nadal jadłem tylko jeden posiłek dziennie - obiad. I były to warzywa z patelni, koniecznie z dodatkiem ziemniaczanych, smażonych księżycy z tytki :p ale chudłem, powoli ale chudłem, zeszło z 101 do 96, na przestrzeni jakiego czasu ? a nie pamiętam...

Codziennie musiałem wypić pół litra takiego jogurtu - zastępowały mi słodycze, które wcześniej zjadałem też codziennie. W drodze do domu z pracy, głodny jak wilk, zjadałem nie cały kilogram słodyczy... miało się to zmienić...

Zanim wszedłem w trans jogurtowy, nie wierzyłem, że uda mi się totalnie odstawić słodycze na rzecz jogurtów.  Pamiętam, że dość mocno rozbawiony rozmawiałem wtedy na głos ze sobą, próbując przekonać siebie samego, że to nie wykonalne, i że nie mam nawet próbować.  Wafle familijne ? na raz ? w samochodzie ? zagryzane batonami ? solone czipsami z największej tyty ? i zamiast tego jogurcik ? marne dwie szklanki ?

Okazało się do bardzo łatwe, zakochałem się w żurawinowym aksamitnym płynie od pierwszego posmakowania, w tych 12 łyżeczkach cukru, codziennie po godzinie 23 w nocy... tak, to była pora na mój jogurt :) od obiadu (godzina 17) przecież nic nie miałem w ustach. Po pracy w domu już nic nie jadłem, czas zaoszczędzić trochę grosza.

Chudłem, jak tu nie chuść na deficycie kalorii ? zgadza się, znowu coś zrobiłem nie świadomie, tak jak dietetycy nakazują.. zjadałem mniej niż potrzebowałem, haha, mniej niż zakłada moje dzienne zapotrzebowanie... i chudłem, schudłem tak chyba ok 7 kg. Były to chyba moje pierwsze praktyczne kroki, które przyniosły widoczne zmiany... te jogurty miałem jeść przez 8 lat, dzień w dzień - nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym przestać. W weekendy pomiędzy 23:00 a 4:00 rano wypijałem półtora do dwóch litrów ! za bardzo to kochałem.

Jednak z roku na rok, z coraz mniejszą wagą rosły mi lata :) Zaczyna odzywać się rozsądek.

Czas na kolejny Krok !

Mój nowy cel, schudnąć jeszcze więcej, by móc te jogurty jeść bez wyrzutów sumienia...

Kolejny cel, pójść pierwszy raz w życiu do profesjonalnego dietetyka i porozmawiać/przekonać dietetyka - że to właściwe.

Kolejny cel, zacząć uprawiać sport, żeby móc zjadać te jogurty z ujemnym wyrzutem sumienia :p w takiej samej ilości, może nawet więcej....

w między czasie schudłem już 25 kg, jogurty jadłem nadal.

Dzisiaj (15.01.2014) warzę 10 kg mniej, nie tyję - jak myślicie, jem nadal te jogurty ? :)